piątek, 27 czerwca 2014

Tort

Ostatnio uczepiło się mnie ciasto drożdżowe. Każdy lubi, każdy zna i ciągle chcą coś drożdżowego odkąd zobaczyli, że umiem. Tak więc mama stwierdziła, żebym upiekła cioci na urodziny drożdżówę. Oczywiście uznałam to za zły pomysł, no bo jak drożdżówka może być ciastem urodzinowym?! Nie, nie, nie. Wzięłam się za tort. Musiałam sprawdzić swoje umiejętności cukiernicze.
Okazało się, że albo coś ze mną nie tak, albo złe ustawienie piekarnika, albo zły przepis. W każdym razie biszkopt wyszedł może grubości 2 cm, a ja wpadłam w załamanie. Upiekłam kolejny, idealnie z przepisem i wyszło może 3mm więcej. Ale to już były dwa biszkopty, więc dało się przełożyć, nie ma tragedii. (Co jednak nadal mnie denerwuje. Jestem osobą, która bardzo! nie lubi, jak coś nie wychodzi. No cóż, tak już mam.)
Następnego dnia wstałam rano, od razu zabrałam się za masę budyniową. Oczywiście czasu mało, bo na dwunastą do szkoły trzeba lecieć. Więc zrobiłam budyń. Nawet miałam do niego cukier z prawdziwą wanilią! (Polecam z Kotanyi, jest świetny.) Po czym zmiksowałam masło, ale żeby dodać do niego budyń, ten musiał być zimny. Więc stałam na tarasie, trzymając garnek na zimnym parapecie i mieszałam przez 15 minut, żeby wystygł. Jak zwykle JAKIMŚ CUDEM SIĘ UDAŁO. U mnie jest tak zawsze, z każdym wypiekiem, że jakoś to idzie. W życiu trzeba mieć szczęście. Galaretka też już się studziła. Wszystko ekstra, tylko czas się kurczył. W dosłownie 5 minut pomalowałam się, ubrałam, tort był obłożony masą i truskawkami i tylko miała przyjść galaretka...
I tu się zaczęło. Ani trochę nie chciała stężeć! Tak więc torcik do lodówy, galaretka została, jak stała i pobiegłam. Wcale mnie te wyniki nie obchodziły. Liczyło się to, czy moja czerwona woda o smaku poziomkowym nie zastygnie w garnku. 
Jak zwykle dziwne cuda sprawiły, że jakoś się idealna konsystencja z niej zrobiła i mogłam wylać na tort.
I takim sposobem zrobiłam pierwszy w życiu tort. Za słodki, z potknięciami. Ale jest. I nawet ładny. Jest też nauka na przyszłość. I chyba o to chodzi, uczymy się na błędach, prawda? :)

(A, i nawet maturę udało mi się jakoś przyzwoicie zdać.)


W moim pomyśle początkowym biszkopty (wszystkie, czyli jeden przekrojony na pół, ale wiecie, czemu tak nie jest) miały być różowe.



 I moja drożdżóweczka. Nadrabiam zaległości;)


Jeśli dotarliście dotąd, to serdecznie pozdrawiam i życzę miłego dnia:)

środa, 21 maja 2014

Torcik truskawkowy

Mówiłam, że przygotowuję się do kolejnych lodówkowych wypieków. Powodem były urodziny Wiki. Jak może pamiętacie, Wika na moje urodziny zrobiła tort bezowo-cytrynowy. Postanowiłam, że jakoś muszę się odwdzięczyć i też coś dla niej przyrządzić. Padło znowu na cukiernię Lidla, okazuje się, że można znaleźć tam naprawdę fajne przepisy. 
Tym razem trzymałam się przepisu (o dziwo!). Ale dzisiaj, robiąc go drugi raz, utwierdziłam się w przekonaniu, że śmietanka jest zbędna i tylko daje mdły smak. Następnym razem się jej pozbędę i dodam dwa jogurty. Tak, tak będzie lepiej. Ale ten dla babci musi zostać ze śmietanką, jakoś to przeżyję. 
Tymczasem dzielę się z Wami zdjęciami. I uciekam pouczyć się jeszcze na ustny polski. W końcu nie po to tyle pisania tego, żeby teraz pozapominać!


przepis: http://kuchnialidla.pl/product/tort-jogurtowo-owocowy

poniedziałek, 19 maja 2014

Galaretka czekoladowa z musem

Jak obiecałam, dodaję zdjęcia deseru i przepis:
Oczywiście musiałam zrobić po swojemu, bo jakby inaczej. Do górnej warstwy dodałam trochę skórki z cytryny, żeby było mniej słodko i suszoną żurawinę. W brązowej znalazło się dodatkowo parę kawałków gorzkiej czekolady i (to był błąd) dodałam trochę kakao.Niestety ono się wytrąciło i stąd powstała kolejna, najciemniejsza warstwa. Ale uczymy się na błędach - drugi raz tego nie zrobię.
Deser byłby stanowczo za słodki, gdyby nie musik u góry. Powstał z żurawiny (która bardzo często się u mnie pojawia i tu dziękuję mojej babci, bo tylko ona mi jest w stanie ją załatwić), soku z cytryny, paru łyżeczek cukru i paru łyżeczek babcinego dżemu malinowego. Także samo zdrowie! 
Oczywiście nie mówiłam o czekoladzie ;). 
Teraz przygotowuję się do kolejnego lodówkowego "wypieku". Podzielę się, jak będzie.
Jak na razie życzę Wam, żeby dzisiaj świeciło słoneczko tak, jak robi to teraz. 
A ja udam się do szufladki zwanej prezentacja z polskiego i poudaję, że się uczę. Może w końcu się uda!

A zdjęcia średnie, bo robione w pośpiechu, więc tylko 3.




piątek, 16 maja 2014

Rower?

Jak dobrze zacząć tak brzydki dzień oglądając Gordona Ramsaya, który przygotowuje mus z białej czekolady z limonką i malinami! Mój humor od razu się poprawił i jakoś przestałam zwracać uwagę na to, co dzieje się za oknem. Dziś aktywny dzień przede mną. W zasadzie aktywny domowo. Obiadek, deserek, posprzątać.. no i jeszcze w końcu nauczyć się na polski!
Chociaż ostatnio w ogóle nie narzekam na brak zajęć.Wczoraj na przykład, jadąc do mojego ukochanego, wysiadłam sobie parę przystanków wcześniej, żeby się nieco przejść i zaczerpnąć świeżego powietrza. Nie zaskoczył mnie oczywiście wiatr, który próbował mnie zdmuchnąć z chodnika. Natomiast co innego przyciągnęło moją uwagę i rozbawiło mnie zarazem.
Podwale nie mają nic ciekawego do zaoferowanie. Widnieje tam jedynie droga, pas zieleni, ścieżka rowerowa i chodnik. Obok chodnika czasem znajdziemy trawę, potem przystanek, albo jakiś budynek. Nuda. Ale idąc sobie tak wczoraj tamtędy i słuchając mojej ostatnio ulubionej piosenki ( i serio nie rozumiem czemu to nie oni wygrali Eurowizję... ba! dostali tylko 2 punkty ! ), usłyszałam coś, co wcale nie brzmiało jak rower. Zza moich pleców dobiegał jednostajny dźwięk silnika. A oczom ukazał się rower, na którym siedział (bo żeby jechać,to chyba trzeba ruszać nogami, a on tego nie robił) sobie pan. Jeśli ktoś ogląda Top Gear, to w ostatniej serii Clarkson jechał na turborowerze. Do roweru podłączył silnik odrzutowy i jechał. Ten pan zrobił coś podobnego, ale silnik raczej odrzutowy nie był. Swoją drogą mogłam go nagrać i wysłać gdzieś, zrobiłoby to furorę. Tym bardziej, że pan miał jeszcze z przodu koszyczek i jakieś warzywa latały na wietrze, jak broda mojego psa, gdy wychyla się prze okno w aucie.
A poza tym, mój chłopak wczoraj trafił w 100%. Włączył mi Burnout'a i dał pada. Monika była przeszczęśliwa i rozrywka też super. Czasami trzeba się trochę wyżyć w grach !
Tymczasem idę robić deserek z przepisu kuchni Lidla, a potem sprzątać. Wrzucę potem jakieś zdjęcia z przepisem !

poniedziałek, 12 maja 2014

Matura?

Maj, maj, maj. Maj to piękna pora, kolorowa na polach i łąkach , pachnąca kwiatami. Dni są już długie, pogoda znośno-dobra. Ptaki ćwierkają jeszcze więcej, a w ogrodach słychać dźwięk koszenia. Nad nimi unosi się piękna woń skoszonej trawy. Tak widzę to ja, gdy mam wolne. 
I teraz, kiedy miałam cały tydzień matur, a jutro kolejną, to piękno wiosny jest stanowczo pomocne. Zmęczyło mnie to już trochę, ale zostało już nam tak mało. A teraz tylko dłuuuugie wakacje. Wszystkie te maturalne procedury są co najmniej śmieszne. Jeśli czyta to ktoś, kto miał do czynienia - pewnie mnie poprzecie.
Kto wymyślił przepisy typu : zakaz wieszania marynarek i innych nakryć na oparciu krzesła? To tylko jeden z przykładów nadgorliwości. Goście z CKE uważają najwyraźniej, że polscy uczniowie tylko i wyłącznie próbują od siebie ściągać, bądź też oszukiwać na inne sposoby. Oczywiście, zdarzają się przypadki (nawet w tym roku coś było), że ktoś spektakularnie oszukuje i ciężko to wykryć. Ale większość ludzi jest uczciwa i przesadą jest niepozwalanie nam nawet zabrać wody. Według badań: "Wystarczy , aby odwodnienie organizmu osiągnęło rząd 2 procent,by spowolnieniu uległ proces przypominania,pojawiły się podstawowe problemy matematyczne, trudności w skoncentrowaniu uwagi na czytaniu, pracy twórczej, poprawnej pracy z komputerem oraz problemy z koncentracją ogólną i zaburzenia psycho - ruchowe." A nawet , jak napijemy się przed wejściem na maturę, to nie możemy wyjść do ubikacji. Jedynym wyjściem jest mieć karteczkę od lekarza upoważniającą do takiego wyjścia. Przecież to niedorzeczne. Co, w kabinie napiszę sobie ściągę czy w ciągu 30 sekund wejdę na interenet w telefonie (którego nie mogę mieć ze sobą podczas egzaminu) i sprawdzę odpowiedzi do zadań, których tam nie ma nawet?

No nic, trzeba przeżyć i tyle. Już tylko jutro i potem dwie ustne. Później pożegnam się z tą szkołą.
Dla odpoczynku zajęłam się trochę zdjęciami na ogrodzie, ale niestety zaszło mi słońce i szybko się fotografowanie skończyło.

A tak poza tym, szukam przepisu na jakąś fajną potrawę najlepiej z pomidorami i bazylią. Macie jakieś pomysły?















źródło cytatu : http://www.izis.pl/izis/poradnik/porady;9164/grupaID~.html


poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Livigno

Trzeci raz tam, to już trochę inaczej. Stoki znam, chociaż do dzisiaj nie wszystkie zwiedziliśmy. Restauracje swoje ulubione już też mamy i się ich trzymamy. Wiemy, w których sklepach kupować. Jednak każda perfumeria kusi tak samo. Mamy swoje miejsce, gdzie można pograć w kręgle. Wszystko znamy. Z pozoru.
W Livigno jest bardzo dużo rzeczy do odkrycia. Jest droga, którą nigdy nie jechałam, a jest tam podobno coś do zwiedzania. Są stoki, po których nie zjeżdżałam. Przechodzimy obok restauracji, w których może smacznie dają jeść, ale my idziemy do swoich ulubionych.
Ale zawsze urok tych gór jest taki sam. Gdy nad nimi widnieje niebieskie niebo - wszystko znika i widać tylko białe szczyty. Czasem okalają je jeszcze białe chmurki. I nigdy tego widoku nie będę miała dość. Mogę odwiedzać je co roku i zawsze w taki sam zachwyt będzie mnie ten widok wprawiać.
Ale dużo mówię, a nic Wam nie pokazuję. Teraz może wypada wstawić trochę zdjęć dla potwierdzenia moich słów.





Jak w niebie, prawda?


W tym roku niestety mało skorzystałam z tych gór. Po 3 dniach moje ciało postanowiło się poddać chorobie. Ból gardła, katar, kaszel. We czwartek antybiotyk i tyle z nart. Jednak miało to swoje plusy, bo poleżałam sobie na leżaku w słońcu. Wygrzałam się za każdy deszczowy dzień. Nie ma nic lepszego od słoneczka. W ogóle nasz trawnikowy taras wyglądał raczej jak okolice basenu.

O tak właśnie;)

Ale moja choroba przyczyniła się też do wjechania gondolami Carosello 3000 na górę i porobieniu wielu zdjęć. Już się dzielę z nimi. Ale widoki stamtąd są naprawdę zachwycające. Wcześniej byłam tam raz dwa lata temu i szczerze mówiąc - sama się zdziwiłam, że tam tak fajnie.




Mimo wszystko wiem, że mogłabym zrobić najpiękniejsze zdjęcie, ale i tak nie zrozumiecie o co chodzi, jak sami tam nie pojedziecie. Nie da się komuś opisać czy nawet pokazać na zdjęciach piękna tych gór. Ale mam nadzieję, że może kogoś udało mi się przekonać do wyjazdu na narty, snowborad czy na oglądanie gór. Stanowczo polecam!





wtorek, 22 kwietnia 2014

Livigno a matura to co?

I co z tą maturą? Jak tu się uczyć, jak taka piękna pogoda za oknem i tyle ciekawych rzeczy się dzieje? Odpowiedzi nie znam, za to mogę powiedzieć, że wiem, co zrobić, aby się nie uczyć. Wstajemy rano, szykujemy się, lecimy na stok(ewentualnie jedziemy na niego autobusem). Później chwilę pojeździć i po południu najlepiej skoczyć jeszcze na miasto i moim przykładem kupić sobie okulary nowe, bądź jakieś inne ciekawe i (nie)potrzebne rzeczy. 
Oczywiście udało mi się zrobić 3 zadania z matmy i chwilę poczytać artykuły do prezentacji z polskiego, ale osobiście uważam, że artykuły Clarksona, zebrane w jego książce, są stanowczo ciekawsze od wywodów na temat mody językowej oraz błędów językowych.
Ale jeśli chodzi o narty, to stanowczo nie uważam się za dobrą narciarkę. Co więcej, wcale nie przepadam za jazdą na nartach. Jednak gdy świeci słońce, a na dworze jest powyżej 10 stopni, to nawet ktoś taki, jak ja potrafi się przełamać i czerpać z tego radość. Przede wszystkim słońce. Gdy je widzę, świat staje się piękniejszy i po prostu mam siłę na wszystko.
Ale nie tylko ono mnie przekonuje. Jak pamiętacie (o ile ktoś mnie czytuje częściej) odchudzam się od jakiegoś czasu, a każdy sport wspomaga odchudzanie. Więc - jeździjmy na nartach - to też spalone kalorie!
A teraz idę kupić kijki, może mniej pokracznie będę wyglądać na tych stokach.

Zdjęcia aktualnie tylko z telefonu, na dniach będę robić więcej i zgrywać z aparatu :)!